Będzie ciężko. Stoję właśnie przed kapslem do mojego największego piwnego koszmaru. Nie, nie chodzi o radlery, tylko o śliwkę. Wbrew pozorom mój strach nie ma korzeni głębokich, sięgających jakichś katorżniczych prac na działce w dzieciństwie czy też podstawówkowej wojny na śliwki. Moja trauma jest związana z dwoma konkretnymi piwami, a mianowicie ze Śliwką w Piwie oraz z Porterem Warmińskim. Pierwsze piwo z ledwością udało mi się dopić ze słowami na ustach "nigdy więcej". A Porter Warmiński, uznawany za najlepszy polski porter, nigdy mnie nie przekonał. Za każdym razem, gdy piłem go wtóry raz próbowałem sobie wmówić, że będzie dobrze. I za każdym razem śliwkowa nutka psuła mi odbiór tego piwa.
Ale nie o Warmińskim miała być mowa. W lodówce czeka na mnie Lubuskie Śliwkowe, jedno z kilku piw owocowych z browaru Witnica. Lubuskie Jagodowe wspominam bardzo przyjemnie i zdarza mi się do niego wracać w upalne dni, więc może ze Śliwkowym będzie podobnie. Albo chociaż uda się odczarować felerną śliwkę.
Ale nie o Warmińskim miała być mowa. W lodówce czeka na mnie Lubuskie Śliwkowe, jedno z kilku piw owocowych z browaru Witnica. Lubuskie Jagodowe wspominam bardzo przyjemnie i zdarza mi się do niego wracać w upalne dni, więc może ze Śliwkowym będzie podobnie. Albo chociaż uda się odczarować felerną śliwkę.
